Chciałbym mieć braciszka…

Chciałbym mieć braciszka…

Starania o adopcje dziecka – drugie podejście

Po odmowie uzyskania kwalifikacji na adopcję drugiego dziecka w naszym rodzimym ośrodku, w którym przeszliśmy kurs i dzięki któremu mamy Tomusia, czuliśmy się zdruzgotani. (Więcej piszę o tym TUTAJ). W zasadzie nie wiadomo było dlaczego (poza znaną nam niechęcią ze strony pani psycholog).

Postanowiliśmy rozpocząć starania w innej placówce. Nie wiedzieliśmy, czy mamy ukrywać fakt braku drugiej kwalifikacji, czy się do niego przyznawać.

A jeśli będą drążyć – przecież my sami nie jesteśmy pewni, co było przyczyną.

System adopcyjny a dobro dziecka
System adopcyjny a dobro dziecka

Poprosiliśmy więc o pisemne uzasadnienie decyzji odmownej. Usłyszeliśmy tylko, że tego nie praktykują, żebyśmy się skupili na jednym dziecku. Było coś o basenie, na który powinniśmy z Synkiem chodzić, złej kondycji rodziny (cokolwiek to znaczy), naszym wieku i żadnych szczegółów.

Wizyta w drugim ośrodku adopcyjnym

Wkrótce wybraliśmy się więc do drugiego ośrodka. Na spotkaniu z panią dyrektor poczuliśmy nić porozumienia. Przedstawiliśmy dokumenty z pierwszej placówki (zaświadczenie o kursie i opinie, które nam wydano). Usłyszeliśmy, że nasza ocena psychologiczno – pedagogiczna nie będzie brana pod uwagę, bo jedna strona to stanowczo za mało, że w takim razie przeprowadzą z nami wszystkie testy i sporządzą nową. Opinia powinna być bowiem znacznie obszerniejsza, co najmniej kilku stronicowa.

Każdy ośrodek adopcyjny rządzi się swoimi prawami

Z testami bardzo się przeciągnęło, bo zachorowała pani psycholog. Jednocześnie trwał w tym czasie inny kurs i małżeństwa w nim uczestniczące przechodziły przez kwalifikacje. Po około 2 miesiącach znalazł się i dla nas termin. W pierwszym ośrodku rozwiązanie testu zajęło nam około godzinę, a w drugim, aż cztery. Muszę przyznać, że był bardzo meczący. Najbardziej podobało mi się pytanie, co robimy przed zaśnięciem.  Każde z nas mogło napisać tylko jedną odpowiedź.

Zaglądamy do łóżeczka Synka, by go jeszcze raz ucałować na dobranoc.

Wizyta pań z ośrodka w naszym domu i wielkie nadzieje

Potem dość długo czekaliśmy na wyniki testów i wizytę u nas w domu. Pojawiły się dwie panie. W zasadzie nie wiem, czemu miała służyć ta wizyta. Była bardzo dziwna. Z jednej strony przechodziły z nami krok po kroku przez wszystkie etapy dalszej kwalifikacji, a z drugiej nawet rysując nasze drzewa genealogiczne, starały się maksymalnie zniechęcać.

Wciąż tylko słyszeliśmy, że może się doczekamy dużej liczby wnuków i to nam jakoś wynagrodzi. Gdy nie chciały poznać naszego synka i naocznie przekonać się, jakimi jesteśmy rodzicami, zdaliśmy sobie sprawę, że one już idąc do nas wiedziały jaki będzie finał. Prawdopodobnie chodziło tylko o statystyki.

Znaleźliśmy się w pewnym stopniu poza systemem

Omówiły z nami wyniki testów, były dobre, wykazały nasze zaangażowanie w roli rodziców. Zaczęliśmy więc drążyć o co chodzi? Usłyszeliśmy, że mają dużo małżeństw dwudziestoparoletnich i jak mają wybór, to wolą im przekazać dziecko, że jesteśmy bardzo sympatycznymi ludźmi i gdybyśmy nie mieli Synka to nie byłoby problemu. Nieco starsze dziecko bardzo chętnie by nam dali, ale nie mogą, bo musi być młodsze. Potem zbierając dalej opinię i słysząc, że byłam w ciąży, której niestety nie udało się utrzymać, jeszcze nas namawiały, abyśmy może postarali się o dziecko biologiczne.

Żegnały się z nami, mówiąc żebyśmy się nie gniewali i nie brali tego do siebie, jak nie dostaniemy kwalifikacji.

Ta wizyta tak nas wytrąciła z równowagi, że nie donieśliśmy brakujących dokumentów i nie podeszliśmy do kwalifikacji, uznając że odmowa bardziej nam zaszkodzi niż pomoże.  

Niestety opisana tu historia nie należy do wyjątkowych.  Problemy z uzyskaniem zarówno pierwszej, jak i drugiej kwalifikacji dotykają sporą liczbę małżeństw. Najwytrwalsi decydują się szukać pomocy nawet na drugim końcu Polski. Najczęściej w końcu się udaje. Każde podejście do uzyskania kwalifikacji na rodziców adopcyjnych zabiera czas i energię, którą niepotrzebnie tracimy na zbędne procedury, a mogłyby przecież służyć czemuś dobremu – budowaniu więzi z dzieckiem.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *