Wszystko ma swój czas i miejsce – słów kilka o nieprzewidywalności życia

Wszystko ma swój czas i miejsce – słów kilka o nieprzewidywalności życia

Nieprzewidywalność życia

Wszystko ma swój czas i miejsce

Pamiętam tamten dzień, spadł pierwszy śnieg, jego czystość i świeżość zachwycała, przyozdabiając wielkie miasto. Po kilku godzinach nie byłoby już po niej śladu, biała pokrywa zamieniłaby się w wodnistą, brudną papkę. I właśnie wtedy młody chłopak, w pośpiechu wbiegł na jezdnię,  nie zauważył nadjeżdżającego tramwaju.

Wcześniej widziałam tramwaj na przystanku, stał na nim chwilę dłużej niż zwykle, bo uprzejmy kierowca czekał na spóźnionego pasażera – staruszka. Zamiast ruszyć zgodnie z czasem otworzył mu drzwi, choć już miał odjeżdżać.

Gdyby tego nie zrobił chwilę później nie zetknąłby się z przebiegającym chłopcem, który niezakłócenie przemknąłby na drugą stronę jezdni. Te kilkanaście sekund sprawiło, że ich drogi się spotkały, a tramwaj potrącił młodzieńca.

Na tym śnieżnobiałym puchu pojawiło się tyle krwi. Nie wiem, czy chłopak przeżył. Ten widok na długo zapisał się w mojej pamięci. Od tamtej pory starałam się omijać to miejsce, choć był to środek miasta. Wolałam nadrabiać  większą odległością, wybierając okrężne uliczki, by tylko być jak najdalej miejsca, gdzie zdarzyła się ta tragedia.  Po dwóch miesiącach powiedziałam sobie dość. To nie ma sensu, nie mogę teraz już zawsze unikać miejsca zdarzenia.

Zaczynała się wiosna, było tak pięknie, słońce, zieleń, śpiew ptaków. Po tamtej zimie nie zostało już śladu. Gdy przechodziłam obok torów tramwajowych, tym razem również ktoś przebiegał: chłopak i dziewczyna, trzymający się za ręce. Szczęśliwi, roześmiani, nieświadomi tamtych zdarzeń. Potem nagle zatrzymali się w miejscu tamtego wypadku i czule się pocałowali. Na szczęście tym razem nie jechał już żaden tramwaj 🙂

I wtedy zrozumiałam, że to samo miejsce dla każdego z nas może znaczyć coś zupełnie innego, przeciwstawnego.

Nieprzewidywalność życia
Nieprzewidywalność życia

W szpitalu, w którym leżał teraz Tomuś przebywała przed kilkudziesięciu laty, moja przyjaciółka Kasia. Miała wtedy zaledwie niespełna 3 latka. To zadziwiające, że z tamtego okresu życia ona pamięta tylko ten czas pobytu w szpitalu. Był dla niej traumą i największym koszmarem. Nie rozumiała wtedy dlaczego rodzice ją porzucili. A z jej perspektywy właśnie tak to wyglądało.

Pobyt w szpitalu na oddziale dziecięcym w końcowym okresie PRL-u

Szpital w latach 80-tych XX w. prezentował się zupełnie inaczej, niż dzisiaj. Przede wszystkim obowiązywały w nim inne zasady. Rodzic nie mógł przebywać i nocować z dzieckiem, nawet tak małym. Ba, nawet nie miał prawa codziennie go odwiedzać. Wyznaczone były dwa dni odwiedzin w ściśle określonych godzinach. Dla takich maluchów jak Kasia pobyt w szpitalu był wstrząsem. Bardzo ją zmienił z otwartego i ufnego dziecka na zamkniętą i niepewną siebie dziewczynkę.

Pobyt w szpitalu na oddziale dziecięcym dzisiaj

I mamy rok 2019 do tego samego miejsca trafia Tomuś i na ten sam oddział dziecięcy. Jednak jego wspomnienia będą inne. Trochę bólu przy badaniach rekompensuje nieprzerwaną obecność rodziców, mnóstwo zabawek, wspaniałą świetlicę z zatrudnioną tam nauczycielką, która bawiła się z dziećmi. Można było maluchy w każdej chwili zostawić pod jej opieką.

Jedno miejsce, a tak skrajne emocje i doświadczenia, związane z nieprzewidywalnością życia.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *