Jak to się zaczęło?

Jak to się zaczęło?

Historia strony Adopcja

Dzień Bożego Narodzenia skłania do osobistych refleksji… oto kilka słów o historii tej strony. Czasem coś naprawdę dobrego ma swój początek w bardzo trudnych doświadczeniach. Nie sposób było nawet wtedy przewidzieć, że miejsce to odmieni życie kilkunastu dzieci i pomoże im odnaleźć rodziców (korygując niejako niedoskonałości rozwiązań systemowych).

Trudne początki w adopcji

Wszystko zaczęło się kilka lat temu w grudniu. Mieliśmy za sobą bardzo trudną adopcję. Poprzedzoną nagłą utratą biologicznych dzieciątek (nie dane było im się narodzić), niespodziewanymi problemami w ośrodku adopcyjnym (choć początkowe testy psychologiczne wskazywały, że jesteśmy dojrzałymi i bardzo rokującymi kandydatami na rodziców adopcyjnych).

Dwa ostatnie spotkania z inną panią psycholog przesądziły o tym, że ostatecznie po zakończonym kursie nas odrzucono i nie dostaliśmy kwalifikacji. Nagle okazało się, że z tych „dojrzałych i nadających się” jesteśmy „tymi, którzy się nie nadają”.

Najbardziej zdziwiło nas, jak łatwo można odpaść na podstawie subiektywnej oceny tylko jednej, bardzo specyficznej osoby, choć wcześniej przez wiele miesięcy wszystko wyglądało dobrze. Zwykła rozmowa (bez testów). W zasadzie bardziej pasowałoby określenie „monolog”. Pani psycholog zadawała pytania, nic nie komentowała i się nie uśmiechała. Ten jej dystans i chłód były przykre do zniesienia.

Nie dostaliśmy kwalifikacji na rodziców adopcyjnych

Potem z przykrością odkryliśmy, że tylko my nie mamy kwalifikacji z całej grupy. Wysyłano ją pocztą. Do nas nie przyszła żadna przesyłka. OA miał taki zwyczaj, że o dyskwalifikacji zwyczajnie nie informował. Trudno było nawet się dowiedzieć o co chodzi. Nie wspomnę już o braku jakiegoś obszernego, pisemnego uzasadnienia (tego nie praktykowali). A przecież taka negatywna ocena przesądzała o całej naszej przyszłości.

Nikt nie chciał nam nic powiedzieć. Nie wiedzieliśmy jakie mamy prawa, czy jeszcze mamy jakieś szanse? Czy możemy się starać o kwalifikację w innym OA? Co z kursem, czy znów trzeba zaczynać wszystko od początku? Jak wpływa jedna negatywna ocena na ewentualne przyszłe starania? Od tamtej pory na własnej skórze poznawaliśmy wszystkie niedoskonałości tego systemu, w tym arbitralność oceny ze strony OA. Później po latach dowiedziałam się, że takie problemy doświadczają też i inne małżeństwa i brak kwalifikacji oraz dezinformacja nie są taką rzadkością. Stąd pomysł na powstanie przewodnika „Narodziny miłości” (więcej o nim TUTAJ), który wszystko wyjaśnia. Oj! Jak bardzo w tamtej sytuacji brakowało mi takiej książki.

Czuliśmy się gorsi

Byliśmy wtedy tacy nieporadni i samotni, błądziliśmy po omacku szukając rozwiązania. Małżeństwa z naszego kursu, które bez trudu uzyskały kwalifikację zupełnie nas nie rozumiały. Czuliśmy się gorsi, wybrakowani.

Zresztą nie było nawet czasu na jakąś dłuższą rozmowę z innymi parami uczestniczącymi w szkoleniu. Małżeństwa dojeżdżały z daleka. Zajęcia rozpoczynały się w środku tygodnia, dość wcześnie, więc niemal wszyscy zwalniali się z pracy. Kończyły zaś bardzo późno. Każdy pędził do samochodu, by przed godziną 22 być w domu. Następnego dnia przecież wszyscy pracowali.

Do tego w naszym przypadku dochodziły jeszcze przykre uwagi ze strony dalszej rodziny na temat „dzieci o nie wiadomo jakich genach” i sensowności adopcji. (przez to wszystko narodził się pomysł drugiej książki – „Rozmowy adopcyjne”) Takie szpilki wbijane w krwawiące już i tak serce. Oj, jak wtedy było trudno.

„Dlaczego właśnie nas to spotyka?” – wiele razy zadawałam sobie to pytanie – „Przecież jesteśmy fajnym małżeństwem i mamy w sobie tyle miłości”.

Narodziny strony Adopcja
Narodziny strony Adopcja

Wywalczenie kwalifikacji na rodziców adopcyjnych – dalsze niepowodzenia

Potem jakimś cudem udało nam się wywalczyć kwalifikację. Myśleliśmy, że teraz już będzie tylko dobrze. Kolejne miesiące przyniosły nieudane (ale bardzo cenne) doświadczenie adopcji starszych dziewczynek. Wtedy zostaliśmy rodziną zaprzyjaźnioną i mogliśmy poznać od środka zasady działania pieczy zastępczej i historie dzieci z rodzinnego domu dziecka. Ostatecznie dziewczynki chciały z nami jeździć tylko na wycieczki, pasowała im rola „nas, jako cioci i wujka”, a nie „mamy i taty”.

Opiekunka zapewniała, że one bardzo chcą mieć rodziców. Złożyliśmy wniosek w sądzie o ich adopcję. Potem było „odkręcanie tego” i znów kolejne trudności. Przecież nie można kogoś adoptować, jak on tego nie chce.

W międzyczasie cud poczęcia. Stan błogosławiony trwał jednak krótko. Potem Mąż stracił pracę (redukcja zatrudnienia).

Nie dojechaliśmy nad morze…

Wymęczeni tym wszystkim wyjechaliśmy nad morze. Po drodze zabraliśmy teścia. To miał być cudowny czas relaksu i możliwość odzyskania sił. Nie dojechaliśmy! Tato mojego Męża w czasie podróży przeżył udar. Wzywaliśmy karetkę. Stan był bardzo, bardzo ciężki. I tak na wiele tygodni wylądowaliśmy w Grudziądzu, setki kilometrów od domu, w obcym mieście.

Wiedzieliśmy, że jeśli zostawimy Tatę w takim stanie samego wśród obcych, z dala od wszystkich bliskich, to jego szanse na przeżycie będą nikłe. Lekarz powiedział, że podróży nie zniesie. Nie wiem, co byśmy zrobili, gdyby właśnie w tym czasie zadzwonił telefon z OA z informacją „Mamy dla was dziecko”?

Strata i nadzieja

W końcu podróż karetką stała się możliwa, choć ryzykowna. Udało nam się znaleźć najlepszą placówkę dla Taty, w której miał szansę na poprawę stanu zdrowia.

Gdy w końcu odetchnęliśmy z ulgą i mogliśmy wrócić do „siebie” i delektować się własnym łóżkiem i miejscem na ziemi. Zadzwonił telefon z OA – narodził się nasz Synek. I tak odtąd jeździliśmy od zakładu leczniczo – rehabilitacyjnego, gdzie pozostawał Tato, do domu małego dziecka, gdzie przebywał Synek.

Sprawa o wyznaczenie okresu styczności niestety się nie odbyła. Tato zmarł nagle nad ranem. Pisaliśmy do Sądu wniosek o przełożenie terminu. Załatwialiśmy wszystkie formalności związane z pogrzebem (miał się odbyć w rodzinnej miejscowości mojego Męża). W tym samym czasie kupowaliśmy też ciuszki dla Synka.

Nie zalała mnie od razu fala miłości do dziecka, bałam się go pokochać. Może dlatego, że przez ostatnie miesiące ciągle doświadczałam nadziei i straty. Czułam się winna, że tak wolno stawałam się mamą. Dodatkowo pojawiały się inne problemy związane ze zdrowiem dziecka, brak wielu rozwiązań prawnych, ułatwiających życie „świeżym” rodzicom adopcyjnym oraz stosunek otoczenia do adopcji.

Towarzyszył temu strach przed odebraniem Synka. Okres styczności z dzieckiem trwał ponad 3 miesiące i wszystko mogło się zdarzyć. Przecież formalnie nie był wciąż naszym dzieckiem. To właśnie wtedy narodził się pomysł utworzenia tej strony.

Historia jednej rodziny adopcyjnej

Początkowo miałam pisać tylko o naszej rodzinie. Po zamieszczeniu jednego z pierwszych wpisów, pojawiła się czytelniczka, która coś skrytykowała. Już nie pamiętam nawet tematu tamtej dyskusji. Zrozumiałam jednak, że odsłaniając jakąś cząstkę siebie zawsze będę narażona na takie sytuacje. Coraz częściej zaglądali też na stronę Adopcja rodzice biologiczni, szukający swoich dzieci, które trafiły do adopcji.

Jednocześnie czułam, że nasza historia to za mało. Poznawałam wciąż nowe. Już wtedy napływało sporo wiadomości od rodziców starających się o dziecko.

Przyszedł czas, gdy zrozumiałam iż o adopcji nie można mówić w oderwaniu od rodzicielstwa zastępczego. Te dwie formy stanowią integralną całość i wzajemnie się uzupełniają. Nie bez znaczenia był również charakter mojej ówczesnej pracy i specjalizacja właśnie w zakresie polityki społecznej (w tym rodzinnej). Zaraz po urlopie macierzyńskim i rodzicielskim wygaszono mój etat (więcej o tym tutaj).

Dzięki temu zyskałam czas, a praca na uczelni nauczyła mnie „drążenia” rożnych uwarunkowań systemowych i wyszukiwania ich słabości oraz wskazywania koniecznych kierunków zmian. A także ciągłej analizy porównawczej polskiej rzeczywistości z rozwiązaniami przyjętymi w innych krajach.

Te umiejętności bardzo się przydały. Pomogły w szybkiej diagnozie tego systemu.

Wiedziałam, że dzieci chore i starsze nie mają szans. Wraz z wygaszaniem adopcji zagranicznych ich sytuacja była jeszcze trudniejsza.

Narodziny nowej rodziny

Pierwszym Maluszkiem, dla którego udało się odnaleźć rodziców był Wiktorek, który całe swoje życie spędził w hospicjum, tocząc nieustającą walkę ze śmiercią. Jest teraz w swoim nowym domku szczęśliwy i kochany. Ma rodziców i rodzeństwo.

Potem przyszły kolejne dzieci starsze, chore. Czasem nie było łatwo, bo ich historie potrafiły przerazić, a stan zdrowia budził ogromne obawy.

Kilka razy myślałam, że się nie udało, a potem po upływie pół roku odzywali się nowi rodzice. Byli już po adopcji, a więc pewni, że nikt nie odbierze im dziecka. Dopiero wtedy odważyli się powiedzieć, że stali się mamą i tatą, że się udało! Dostaję też zdjęcia obrazujące narodziny Nowej Rodziny (w zasadzie to już Rodzin) 🙂

Taka jest historia tej strony. Czasem coś dobrego, czego sami nie bylibyśmy w stanie sobie wymyślić, rodzi się z trudnych doświadczeń, samotności i niepowodzeń.


2 thoughts on “Jak to się zaczęło?

  1. Jesteście Wielcy, udało się Wam…ja powoli tracę nadzieję, już na „dzień dobry” usłyszałam, że jesteśmy wiekowi, a sami mamy 9-letniego synka.
    Pozdrawiam W.W.

    1. Nie można się poddawać. Warto dzwonić do różnych ośrodków i uparcie drążyć temat. Jeśli się nie uda, to obejść system i zacząć od zostania rodziną zastępczą niezawodową, licząc że uda się adoptować później dziecko. Powodzenia 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *